Menu

czwartek, 15 czerwca 2017

Miłość - wpis3: Czy bogowie mogą...?

Przytuliłem twarz do Twojej twarzy, na szczęście byliśmy tutaj razem i razem czekaliśmy na nadejście wiosny. Czy i kiedy przyjdzie, to zależy tylko od nas?. Im mocniej biły nasze serca —, tym gorętsze stawało się słońce, śnieg w jego promieniach tajał. Wsunąłem dłonie pod ubranko, pieszcząc Twoje ciało, powiedziałem:
- Kocham Cię.
Usłyszałem:
- Kocham Cię.
To nie było echo, to Ty powiedziałaś.
Słońce zabłysło pełnym blaskiem, śnieg się stopił i pola wkoło nas się zazieleniły. Nastała wiosna, wiosna naszych uczuć, piękna oaza miłości wśród śnieżnej pustyni chłodu.
Wzięliśmy się za ręce i poszliśmy szukać naszego szczęścia…
Szliśmy polna droga, wysadzaną akacjami. Cudna dziewczyna, cudny zapach kwiatów, słonce święcące wysoko, wokoło łany zbóż. Czyż można chcieć więcej, być bardziej szczęśliwym. Tak, wiedziałem, że tak, niedługo, gdy tą samą drogą będziemy wracać, będziesz już wtedy na zawsze....moja!
Zerwałem pięknego fioletowego kwiatka, podałem, powąchałaś, uśmiechnęłaś się i dałaś szybkiego całuska. Chciałem Cię objąć, przytulić, ale uciekłaś, nie szkodzi, już niedługo będziemy razem, całe dnie, cale noce. Weszliśmy w stary las, wszędzie mroczne stare drzewa, nawet ptaki tutaj nie śpiewają, ani zwierza, ani grzybów. Święty Las. Zaraz wychodzimy na polanę, bajecznie piękna, kolorową, zielony dywan z soczystej trawy, upstrzony różnorodnymi kwiatami, nawet polowy z nich nie znam. Cudownie pachną i cieszą oczy wspaniałymi kształtami. Odurzeni aromatem, kolorami, podchodzimy do prastarego dębu. Tak chciałaś, a ja.... spełnię każda Twoja prośbę.
Klękamy, w cieniu drzewa, na wprost siebie. Bierzemy się za ręce i patrząc Ci w oczy, prosto otwarcie, żebyś wiedziała, że jest w nich szczera prawda mowie:
- Ewo, bardzo Ciebie Kocham, chce, żebyś została na wieki aż do końca świata tylko moja. Obiecuje, że nigdy nie przestanę kochać, nie opuszczę, nie zostawię w potrzebie, nieszczęściu, zlej doli.
Święte Drzewo niech będzie świadkiem i potwierdzi, że mówię to wszystko z czystym i szczerym sercem.
Byłem wzruszony — nie pamiętam, co Ty mówiłaś, cóż całe życie było przed nami, może kiedyś się jeszcze dowiem. Stary ponury las już nie był ciemny głuchy. Zleciały się wszystkie okoliczne ptaszki, ćwierkały nam radośnie nad głowami. Zwierzątka: liski, zajączki, i inne, ciekawie wystawiały główki zza krzaków. W końcu objąłem Cię, przytuliłem, pocałowałem. Nareszcie moja. Tylko moja, ukochana, wymarzona, wyśniona w nieprzespane noce, gdy hormony rozpalając całe ciało, nie pozwalały zasnąć, gdy serce stęsknione miłości nie pozwalało zamknąć oczu.
Czy coś tak pięknego może się zdarzyć, może trwać? Czy bogowie mogą tolerować szczęście ludzi — kto ich zna, ten wie, jaka jest odpowiedź.
Czarne chmury nadeszły tak szybko, że nawet w miłosnych zapędach ich nie zobaczyliśmy, już pierwsze pioruny trafiły w stary las, już pierwszy w drzewo, pod którym staliśmy...



wtorek, 13 czerwca 2017

Miłość - wpis2: Lubię

– Lubię kochać się na łonie natury, kiedy słońce ogrzewa pośladki lub na odludnej plaży. Pieścić Twoją męskość w czasie jazdy samochodem, pod stolikiem restauracyjnym lub w kinie. Lubię miłość francuską, pieszczenie ustami i językiem członka, przytulanie go do policzków, oczu. Lubię czuć, jak Twój penis pulsuje mi w ustach, rośnie, napręża się, tryska nasieniem. I patrzę Ci w oczy, aby widzieć, jaką przyjemność tym sprawiam.
– A ja w Twoje, kochana!
Lubię, kiedy Ty mnie liżesz, delikatnie ssiesz moją perełkę, powoli wkładasz we mnie dwa palce. Możesz bawić się w doktorka, dokładnie oglądając moją ogoloną muszelkę. A nade wszystko lubię czuć, jak wsuwasz penisa w moją cipkę, wypełniasz ją całą, kiedy już jest wilgotna, otwarta i gotowa. Patrzysz mi w oczy, mówisz do mnie, całujesz w szyję i piersi. Poruszasz się coraz szybciej, zdecydowanie, dociskasz biodra do mojego łona. Wtedy krzyczę z rozkoszy, głaszczę Cię po plecach i szyi, ramionach, podziwiam. Dociskam dłońmi Twoje pośladki do siebie, wiję się pod Tobą, władczym i namiętnym, szczytuję. Kiedy mamy ochotę na zmianę pozycji, wystarczy słowo lub gest, a ja spełniam życzenie. Lubię, gdy na mnie patrzysz. Poruszam zmysłowo tyłeczkiem, wypinam się, jestem otwarta. Trzymasz mnie za talię i biodra, głaszczesz po pośladkach, wsuwasz we mnie od tyłu. Pieprzysz delikatnie, potem mocno. Chcę, żebyś krzyczał z rozkoszy, czuł się spełniony, męski i silny. Chcę być Twoją dobrą wróżką, przyjaciółką, kimś wyjątkowym.
– Chciałabym spełniać Twoje fantazje.


Wokoło pola przykryte białym puchem śniegu. Gładka powierzchnia wyrównywała wszystkie nierówności, zagłębienia, bruzdy, tylko w miejscach, gdzie rosły większe roślinki, tworzyły się niewielkie górki. Krajobraz ludzkich uczuć niby czyste i gładkie, a takie zimne.
Staliśmy obok siebie, zanurzeni w śniegu po kolana. Zadrżałaś z zimna, a mi było gorąco. Gdybym mógł dać Ci trochę swojego ciepła, odrobinkę z tego ogromnego żaru, który rozpływał się po moim ciele od serca, zawsze, ilekroć pomyślałem, albo spojrzałem na Ciebie.
Pamiętam, gdy pierwszy raz ujrzałem Twoje oczy, zapatrzyłem się w nie i od razu mnie pochłonęły, wciągnęły w swoją bezdenną otchłań, bez możliwości wyjścia. Później pierwszy pocałunek, niezapomniany smak ust, zamknął ostatnią drogę powrotu.
Objąłem Cię ramieniem i mocno przytuliłem. Byłem Twoim niewolnikiem, czy ta niewola będzie radosna, czy naprawdę zostaniesz moja Królową? Był moment, że lodowe palce rozpaczy ścisnęły serce — na moment przestało bić, stało i czekało, czy odwrócisz się od nas i odejdziesz, czy zostaniesz. Wewnątrz siebie poczułem pustkę zimowej nocy, ciemności bez promyka nadziei. Zostałaś, ale i obawa gdzieś tam głęboko ukryta została.



poniedziałek, 12 czerwca 2017

Sierpniowy wieczór, październikowy wieczór - wpis 6

Wzruszyła obojętnie ramionami.
– Drugie pytanie: W szeregu stoi sto skarbonek z numerami od 1 do 100. W pierwszej jest jeden grosz, w każdej następnej ilość pieniędzy się podwaja. Jeżeli przez 60 lat codziennie będziesz wydawał co najmniej 900, ale nie więcej niż 1000 złotych, to którą skarbonkę wybierzesz, żeby wystarczyło ci pieniędzy i równocześnie nic nie zostało? Możesz pomylić się o jeden numer, tylko jeden i pamiętaj: czas szybko płynie.
– Okej. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni razy sześćdziesiąt lat – liczył na głos – trzysta razy sześćdziesiąt daje osiemnaście tysięcy plus sześćdziesiąt razy sześćdziesiąt mamy trzy tysiące sześćset i do tego pięć razy sześćdziesiąt, w sumie dwadzieścia jeden tysięcy dziewięćset dni pomnożone przez tysiąc. Czyli mogę wydać niecałe dwadzieścia dwa miliony, od tego odejmiemy dziesięć procent. Więc muszę mieć sumę od dwudziestu do dwudziestu dwóch milionów. Tak?
Ponownie wzruszyła ramionami.
– W dwudziestej piątej skarbonce – liczył dalej – jest około stu sześćdziesięciu pięciu tysięcy złotych, kolejno mamy trzysta dwadzieścia, sześćset czterdzieści. Mogę się pomylić o jedną, więc zaokrąglę do miliona trzystu, dwa sześćset, pięć dwieście, dziesięć czterysta i dwadzieścia milionów osiemset tysięcy. Siedem kolejnych skarbonek. Stawiam na numer 32.
– Skąd wiedziałeś, że w 25 jest 165 tysięcy? – spytała zaciekawiona.
– Dokładniej, to nawet ciut ponad 167, zaokrągliłem, żeby łatwiej liczyć. Tyle właśnie ma 24-bitowa paleta barw w komputerze, a bit wynosi 2, więc musiałem dodać jedną skarbonkę.
– Mądraliński jesteś. Ostatnie pytanie. Jesteś gotów?
– Tak. Czekam z niecierpliwością.
– Skąd się biorą dzieci?
Spojrzał na kobietę zdumiony.
– Zostały ci 2 minuty – stwierdziła obojętnie.
Opanował zaskoczenie, zbliżył się do kobiety, mocno ją objął i przez chwilę cicho szeptał do jej ucha. Odskoczyła gwałtownie, a policzki wypełnił szkarłatny rumieniec. Trudno powiedzieć czy to była reakcja na jego słowa, czy może na jego twardniejącą męskość wpierającą w jej brzuch, bo w tym samym momencie stał już w swoim mieszkaniu.
Na dźwięk dzwonka bez wahania, tak jak stał, czyli nago ze zwiedzionym członkiem, ruszył do drzwi. Stała w drzwiach z zaczerwienioną twarzą, bez słowa wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka.
Rano nadal była i następnego ranka również i przez kolejne poranki. Była przy nim ciągle taka sama, trzydziestoletnia kobieta. Nawet wtedy, gdy jego głowę pokryła przerzedzona siwizna, a skóra na ciele pomarszczyła się i sflaczała.
Zniknęła dopiero wtedy, gdy on po raz trzeci przeniósł się do tamtego dziwnego świata i już z niego nie powrócił.




niedziela, 11 czerwca 2017

Miłość - wpis1: Szedłem pusta droga

Szedłem pusta droga, samotny, obojętny, wokoło zimna noc. W górze na wielkim czystym niebie święciły gwiazdy, blade, zimne obojętne.
Dokąd szedłem, nie wiem, było mi wszystko jedno. Jak długo szedłem, nie wiem, co za różnica, ale chyba bardzo długo. Czasami ktoś się pojawił, chwilę towarzyszył i nagle znikał w ciemności. Gdzieś daleko cichy grzmot. Spojrzałem w niebo, czyste, zimne, tylko gwiazdy ponurym blaskiem drwiły ze mnie. Właściwie dlaczego, przecież tak je kochałem, wielbiłem. Grzmot narastał coraz głośniejszy, bliższy. Nadciąga burza, ale skąd? Przecież na niebie nie ma ani jednej chmurki, może powinienem się schować, było mi to obojętne, cóż najwyżej jeden samotny człowiek mniej.
Niebo z potwornym, ogłuszającym hukiem rozwarło się tuż nade mną. Błysk przyszedł od samych gwiazd. Poczułem przytłaczający ciężar paraliżujący wszelkie ruchy. Żyłem, przytomniałem, poczułem przy sobie coś miłego, miękkiego, ciepłego. Otworzyłem oczy. Na wprost ujrzałem inne oczy, piękne, kobiece. Wpatrywałem się w nie z zachwytem, zacząłem się w nich topić, wciągały mnie coraz głębiej, powoli, wytrwale, nie mogłem się od nich oderwać, nie mogłem przestać patrzeć. Zapadałem się i wiedziałem, że jest to nieodwracalne. Uszczypnąłem się, potrząsnąłem głowa, ale to nie był sen. Przede mną stała piękna dziewczyna, długie ciemne włosy, zmysłowe usta. Prezent od gwiazd? Wziąłem ja na ręce i pomyślałem, jeżeli gwiazdy mi Cię dały, tylko gwiazdy mogą odebrać, nie oddam Cię nikomu i nie pozwolę zaginąć w ciemności. Niosąc swój słodki ciężar, ruszyłem w drogę, im dalej szedłem, tym ścieżka stawała się wyraźniejsza łatwiejsza. Może w końcu znajdę jej kres? Z radością wypełniającą serce zacząłem biec. Nie czułem ciężaru, nie czułem zmęczenia, miąłem nadzieje na miłość. W oddali zobaczyłem piękne miasto. Pomyślałem: tam będzie mój dom. Przystanąłem, postawiłem dziewczynę na ziemi, klęknąłem przed nią, powiedziałem:
- Pani będę Cię nosił całe życie na rękach, będę całował ślady po Twoich stopach.
Również klęknęła, pocałowała mnie i odpowiedziała:
- Zostań moim przyjacielem i kochankiem.
A po chwili dodała:
- Jestem Ewa. Chciałabym czuć się kobieca, dowartościowana, seksowna i piękna. Chcę być traktowana jak dama, królewna, Twoja Pani. Chcę, abyś mnie adorował, rozpieszczał, wielbił. Ukołysz mnie swoim głębokim głosem. Opowiadaj mi o swojej miłości. Kocham pieszczoty w szyję, kark, włosy, piersi. Lubię też patrzeć, masować z oliwką, być dotykaną. Lubię przyjemne aromaty, ciepło, miły nastrój. Z początku jestem nieśmiała. Kiedy już mnie oswoisz, rozpalisz, będziesz chronił, zaufamy sobie – możemy zrobić wiele pomysłowych rzeczy. Wtedy staję się odważna, rozkwitam w Twoich dłoniach. Lubię dyskretne pieszczoty w miejscu publicznym, świadomość, że ktoś może nas podejrzeć, albo usłyszeć. Twoje pożądliwe spojrzenie podnieca mnie. Wiesz, o czym myślę?
– Tak – odpowiedziałem.