Menu

wtorek, 18 kwietnia 2017

Sierpniowy wieczór, październikowy wieczór - wpis 5

Teraz czas na wiedźmy. Ruszył w kierunku światełka. Trzy stare jędze, choć może słowo diablice byłoby trafniejszym określeniem, stały i zawzięcie o czymś dyskutowały. Pojawienie intruza przerwało rozmowę wpół słowa. Lustrowały go, począwszy od czubka głowy, o wiele uważniej niż poprzedniczki. Wzrok staruch zamarł na jego kroczu, natomiast zaczęły opadać szczęki, coraz bardziej odsłaniając ciemnoczerwone prawie brązowe dziąsła i chropowate jak kora starego dębu języki.
Co jest u diabła? Zdziwiony spojrzał w dół. Zrozumiał.
Wzmianki Karoliny o jej awersji do zbyt owłosionych panów i aluzje na temat nowoczesnych, wydepilowanych mężczyzn, sprawiły, że sporą część godziny spędzonej w łazience poświęcił na boyzilian.
Czyż jednak te baby nigdy nie widziały ogolonych jaj u faceta? Miał ochotę dosadnie zakląć, ledwie powstrzymał się w ostatniej chwili. Brzydkie słowa mogły odnieść odmienny skutek od oczekiwanego. Zastosował inną taktykę.
– Miło mi poznać szanowne panie…
– Kto cię tutaj wprowadził? – skrzekliwym głosem przerwała najbliżej stojąca wiedźma.
– Nikt – odpowiedział, trochę zbity z tropu.
– Sam nie mogłeś przyjść – upierała się baba.
– A jednak przybyłem solo.
– Dzieciom wstęp wzbroniony! – stwierdziła kategorycznie. – Musiałeś przyjść z kimś dorosłym.
– Nie jestem dzieckiem! – zripostował stanowczo.
– Przecież widzę, że jesteś. – Wycelowała kościstym palcem w jego krocze.
– Taki golutki! – potwierdziła druga.
– I malutki! – przytaknęła trzecia.
Mały Grześ faktycznie wniknął głęboko w podbrzusze swojego bossa. Głębiej nawet niż wtedy, gdy był zmuszony zanurzyć się w zimnej wodzie w czasie morskiej kąpieli.
Olśnienie przyszło niespodziewanie. Dyskusja z jędzami pozbawiona była sensu, trzeba im przytaknąć!
– To ja poczekam, aż tata wróci na tamtym trawniku – stwierdził skwapliwie.
Ponura granatowa poświata zadrżała, zamrugała i znalazł się w ciemnościach. Pośpiesznie ruszył w kierunku jedynego jasnego punkcika.
Trawnik i żywopłot od poprzedniej wizyty nie uległy najmniejszej zmianie, wyglądały dokładnie tak samo, jak dwa miesiące temu. Czyż jednak czas w tym miejscu płynął w takim samym rytmie? Tutaj mogło minąć tylko parę minut lub godzin.
Cierpliwie czekał na pojawienie się nieznajomej kobiety.
– Żeby wrócić do domu, musisz rozwiązać trzy zagadki, w czasie pięciu minut – usłyszał głos za plecami.
– Nowe zasady? – odwrócił się do tyłu.
Tym razem stał ze swobodnie opuszczonymi rękami, bez wstydliwego zasłaniania przyrodzenia, acz ona i tak patrzyła mu prosto w oczy.
– Jesteś bardzo przemądrzały i dostaniesz trudniejsze pytania.
– Jestem gotowy.
– W jaki dzień będzie najdłuższy wieczór w tym roku? Pamiętaj, masz pięć minut na wszystkie zadania.
– W grudniu, trzynastego. Spędzimy go razem? – zapytał z uśmiechem.
Również się uśmiechnęła, a po chwili głośno roześmiała:
– Sam go spędzisz tutaj. Ja będę gdzieś indziej z kimś innym, mniej przemądrzałym za to mądrzejszym. Dałeś się podejść, wcale nie zadałam ci trudnego pytania, każde dziecko wie, że najdłuższa noc jest w dniu rozpoczęcia astronomicznej zimy, czyli 21 grudnia.
– Wiem – przytaknął – tyle że pytanie dotyczyło najdłuższego wieczoru, a nie nocy. W mojej miejscowości 13 grudnia słońce zachodzi o 15,30, natomiast 21 grudnia już o 15,32. Jak widzisz, wieczór trzynastego jest dłuższy o dwie minuty.
– Jaki bystrzak – obruszyła się lekko – powiesz mi dlaczego?
– Chętnie. Przyjdź później do mnie, mojej mamy dzisiaj nie spotkasz. Przy lampce dobrego wina wytłumaczę ci zawiłości astronomii.






wtorek, 11 kwietnia 2017

Sierpniowy wieczór, październikowy wieczór - wpis 4

Obydwie zrejterowały. Odwróciły się i odeszły bez słowa. Trzykrotnie telefonował do mamy z wytłumaczeniem dość mętnych jednak chyba również w miarę przekonującym, zanim wybaczyła nietaktowne, wręcz grubiańskie jak to określiła, zachowanie syna.
Tej drugiej kobiety nie znała. Spotkały się przypadkowo przed domem. Zapytana o adres Grzegorza P. przyprowadziła ją pod jego drzwi. Po tym godnym ubolewania incydencie, zeszły razem po schodach na parter i na chodniku przed wejściem po wymianie paru grzecznościowych słów poszły w przeciwnych kierunkach i tyle.
Kilkanaście minut później zignorował kolejny dzwonek do drzwi. Na komórkę, która zaraz potem rozbrzmiała melodyjką ledwie rzucił okiem. Irena. Całe popołudnie robił staranne plany na ekscytujący wieczór i poranną kawusię, oczywiście z Irką, a teraz…?
Bezgranicznie się zakochał! I to w kim? W kobiecie, którą znał niecałą godzinę i zamienił raptem parę słów, o której nic nie wiedział, ba nawet nie znał jej imienia! Nie był pewny czy w ogóle istnieje, czy jest tylko tworem jego wyobraźni.
Nazajutrz zatelefonował do Ireny. W niewiarygodny wręcz głupi sposób próbując wytłumaczyć poprzedni wieczór. Rozmowa zaowocowała zerwaniem znajomości przez Irkę, co przyjął z wyraźną ulgą. Jego zadurzenie do nieznajomej przez noc nie minęło, do miłości dołączyła tęsknota, a nierealność tych uczuć potęgowała je, zamiast wyciszyć.
Mijały tygodnie, natura objawiła swoje prawa, których normalny, młody, zdrowy mężczyzna nie mógł ignorować i z którymi absurdalna, abstrakcyjna, a przede wszystkim platoniczna miłość nie miała szans konkurować. Zaczął spotykać się z Kingą.
W pewien październikowy wieczór zaplanował rozwiniecie tej znajomość i przeniesienie jej na inną płaszczyznę, najchętniej pokrytą prześcieradłem. Kino, kolacja, a później… ? Później zależnie od sytuacji będzie improwizował. Biorąc prysznic, goląc się i wykonując inne zabiegi kosmetyczne, spędził pracowitą godzinę w łazience. Wyszedł jak zwykle nago. Pełna optymizmu i radosnego uniesienia ruszył w kierunku komody z bielizną.
Ciemność i bezgraniczna pustka. Znowu to samo – pomyślał. Poczuł nieuzasadnioną radość. Zobaczę ją! Powinien biec, jednak tym razem nie musiał, światełko błyszczało zachęcająco na wprost przed nim. Ochoczo ruszył w jego kierunku.
Trzy młode dziewczyny nie przerywając rozmowy w swoim niezrozumiały, świergotliwym jak ptasie trele, języku ledwie spojrzały na niego. Miał czas przyjrzeć się im dokładnie, już nie wydały mu się tak piękne: za młode, za chude i ze swoimi małymi piersiami, wąskimi biodrami, cienkimi nóżkami były, jak na jego gust, za mało kobiece. Scena przedłużała się, dziewczyny plotkowały, a on stał i gapił się na niej. Co jest, długo mam tu sterczeć? – pomyślał. Przypomniał sobie słowa bezimiennej kobiety: wygoniły mnie, bo czegoś był za dużo. Zerknął w kierunku swojego brzucha. Niczego tam nie było za dużo, te chude szkapy tym razem na mnie nie zadziałały – wywnioskował.
- Hej małe zdziry – krzyknął zirytowany – wasze nagie chłopięce ciała obleczone tymi przeźroczystymi firankami wcale mnie nie interesują, może kiedyś, gdy dorośniecie i staniecie się kobietami, pogadam z wami dłużej, teraz chciałbym stąd wyjść.
Spojrzały zaskoczone, a policzki oblał im rumieniec gniewu lub wstydu. Nim zdążył się zastanowić, oblokła go pusta ciemność.Obydwie zrejterowały. Odwróciły się i odeszły bez słowa. Trzykrotnie telefonował do mamy z wytłumaczeniem dość mętnych jednak chyba również w miarę przekonującym, zanim wybaczyła nietaktowne, wręcz grubiańskie jak to określiła, zachowanie syna.
Tej drugiej kobiety nie znała. Spotkały się przypadkowo przed domem. Zapytana o adres Grzegorza P. przyprowadziła ją pod jego drzwi. Po tym godnym ubolewania incydencie, zeszły razem po schodach na parter i na chodniku przed wejściem po wymianie paru grzecznościowych słów poszły w przeciwnych kierunkach i tyle.
Kilkanaście minut później zignorował kolejny dzwonek do drzwi. Na komórkę, która zaraz potem rozbrzmiała melodyjką ledwie rzucił okiem. Irena. Całe popołudnie robił staranne plany na ekscytujący wieczór i poranną kawusię, oczywiście z Irką, a teraz…?
Bezgranicznie się zakochał! I to w kim? W kobiecie, którą znał niecałą godzinę i zamienił raptem parę słów, o której nic nie wiedział, ba nawet nie znał jej imienia! Nie był pewny czy w ogóle istnieje, czy jest tylko tworem jego wyobraźni.
Nazajutrz zatelefonował do Ireny. W niewiarygodny wręcz głupi sposób próbując wytłumaczyć poprzedni wieczór. Rozmowa zaowocowała zerwaniem znajomości przez Irkę, co przyjął z wyraźną ulgą. Jego zadurzenie do nieznajomej przez noc nie minęło, do miłości dołączyła tęsknota, a nierealność tych uczuć potęgowała je, zamiast wyciszyć.
Mijały tygodnie, natura objawiła swoje prawa, których normalny, młody, zdrowy mężczyzna nie mógł ignorować i z którymi absurdalna, abstrakcyjna, a przede wszystkim platoniczna miłość nie miała szans konkurować. Zaczął spotykać się z Kingą.
W pewien październikowy wieczór zaplanował rozwiniecie tej znajomość i przeniesienie jej na inną płaszczyznę, najchętniej pokrytą prześcieradłem. Kino, kolacja, a później… ? Później zależnie od sytuacji będzie improwizował. Biorąc prysznic, goląc się i wykonując inne zabiegi kosmetyczne, spędził pracowitą godzinę w łazience. Wyszedł jak zwykle nago. Pełna optymizmu i radosnego uniesienia ruszył w kierunku komody z bielizną.
Ciemność i bezgraniczna pustka. Znowu to samo – pomyślał. Poczuł nieuzasadnioną radość. Zobaczę ją! Powinien biec, jednak tym razem nie musiał, światełko błyszczało zachęcająco na wprost przed nim. Ochoczo ruszył w jego kierunku.
Trzy młode dziewczyny nie przerywając rozmowy w swoim niezrozumiały, świergotliwym jak ptasie trele, języku ledwie spojrzały na niego. Miał czas przyjrzeć się im dokładnie, już nie wydały mu się tak piękne: za młode, za chude i ze swoimi małymi piersiami, wąskimi biodrami, cienkimi nóżkami były, jak na jego gust, za mało kobiece. Scena przedłużała się, dziewczyny plotkowały, a on stał i gapił się na niej. Co jest, długo mam tu sterczeć? – pomyślał. Przypomniał sobie słowa bezimiennej kobiety: wygoniły mnie, bo czegoś był za dużo. Zerknął w kierunku swojego brzucha. Niczego tam nie było za dużo, te chude szkapy tym razem na mnie nie zadziałały – wywnioskował.
- Hej małe zdziry – krzyknął zirytowany – wasze nagie chłopięce ciała obleczone tymi przeźroczystymi firankami wcale mnie nie interesują, może kiedyś, gdy dorośniecie i staniecie się kobietami, pogadam z wami dłużej, teraz chciałbym stąd wyjść.
Spojrzały zaskoczone, a policzki oblał im rumieniec gniewu lub wstydu. Nim zdążył się zastanowić, oblokła go pusta ciemność.  



niedziela, 9 kwietnia 2017

Sierpniowy wieczór wpis 3

Energicznie machnął otwartą dłonią tuż przed nosem kobiety, lekki wietrzyk owiał jej twarz. Instynktownie cofnęła głowę:
– Co robisz?
– Nie zastrzegłaś gdzie stoi ta hipotetyczna waga, więc przyjąłem, że na tym trawniku, a tutaj jest powietrze, więc obowiązuje prawo Archimedesa.
– Kogo?
– Takiego faceta sprzed wieków. Wyskoczył z wanny z okrzykiem „Eureka” i wybiegł nago na ulicę.
– Nie musisz się wymądrzać, wiem, kto to jest. I co z tego jego prawa?
– Aluminium ma mniejszy ciężar właściwy niż żelazo, więc przy równej wadze ma większą objętość, tym samy wypiera więcej powietrza i o to ciut więcej tego powietrza samo również musi być ciut cięższe, żeby wskazania wagi były takie same. Wniosek jest oczywisty: tona aluminium jest cięższa od tony żelaza.
– Przestań już mędrkować. – Zachmurzyła gniewnie buzię. – Trzecia zagadka wymaga inteligencji i pracowitości. Masz na rozwiązanie 5 godzin.
– Aż tyle?
Po poprzednich limitach pięciosekundowych ten wydał mu się niewspółmiernie długi.
– Okaże się, czy to aż tyle – odparła ze złośliwym uśmieszkiem.
– Co mam zrobić?
– Wyjść stąd.
Zniknęła.
Patrzył zaskoczony w puste miejsce, nie pozostał po niej nawet najmniejszy ruch powietrza czy zapach, nawet trawa nie zachowała odcisku jej stóp.
Może spotkam ją po rozwiązaniu ostatniej zagadki? Z tą nadzieją, choć sam nie rozumiał, dlaczego bardziej myśli o spotkaniu nieznajomej niż o powrocie do domu, uważnie zlustrował trawnik. Idealnie równy, bez śladu wskazującego na istnienie ukrytych wejść do podziemnego przejścia czy tunelu.
Ruszył w stronę żywopłotu i zanim przeszedł połowę okręgu zatoczonego przez krzewy, natrafił na wąską ledwie dostrzegalną lukę. Ostrożnie przecisnął nagie ciało na druga stronę zielonego muru. Żywopłot tworzył tutaj krótki korytarz zakończony podobnym, prostopadłym do niego.
Labirynt – pomyślał. – Mam być inteligentny i pracowity. No cóż, żeby przejść labirynt nie potrzeba zbyt dużo rozumu. Wystarczy cały czas trzymać się jednej ściany, lewej lub prawej a ona bezbłędnie zaprowadzi do wyjścia. Natomiast metoda ta jakkolwiek skuteczna i owszem, może być bardzo pracowita.
Otrzymany czas na wykonanie trzeciego zadania nie wydał już mu się taki długi. Więc bez zwlekania, ruszył truchcikiem wzdłuż lewej ściany naturalnego muru. Instynkt podpowiadając lewą stronę, był jego dobrym doradcą. Po kilkunastu minutach dotarł do wyjścia. Krótki spojrzenie za siebie wyprowadziło go z błędu. Labirynt tworzył kwadrat o bokach co najwyżej 50-metrowych.
Kobieta pojawiła się przed nim równie nagle, jak poprzednio zniknęła.
– Nisko oceniłaś moją inteligencję i pracowitość – stwierdził ironicznie, wskazując ręką układ zielonych korytarzy.
– A czy w twoim świecie trzeba być pracowitym i inteligentnym, żeby zdobyć pozycję, osiągnąć sukces, czy wystarczy…
Dźwięk dzwonka przerwał jej wypowiedź. Bezmyślnie, ciągle zatopiony myślami w tamtym świecie, podszedł do drzwi wejściowych. Otworzył, oczekując widoku Ireny. Na progu stała jego mama, a po jej minie zorientował się, że coś jest nie tak. Szybko domyślił się co. Dorosły facet stał przed swoją rodzicielką całkiem goły, a na domiar nie była sama.
Młoda, na oko 30-letnia kobieta zlustrowała go szybkim spojrzeniem. Kąciki jej ust rozciągnęły się i uniosły ku górze. Wesołe ogniki rozbłysły również w szarych z malutkimi niebieskimi cętkami, oczach.




środa, 5 kwietnia 2017

Sierpniowy wieczór wpis 2

Stał na okrągłym średnicy około 20 metrów, otoczonym gęstym, wysokim żywopłotem, trawniku. Prawdziwa trawa! Czuł delikatne kłucie krótko przystrzyżonych listków w gołe stopy.
– Witaj – damski głos dobiegł za pleców.
Odwrócił się gwałtownie. Stała na wprost młodej, na oko 30-letniej kobiety. Nie była taka piękna jak nastoletnie długowłose blondynki i nie taka szkaradna jak stare wiedźmy. Ładna, zgrabna ale taka zwyczajna kobieta. Ziemska – pomyślał.
Włosy ciemny blond, delikatnie kręcone spływały na ramiona, nosek proporcjonalny, usteczka fajne, choć widywał i całował fajniejsze. Ubrana w prostą beżową sukienkę z krótkim rękawem sięgająca trochę powyżej kolan. Talię ściągał czarny paseczek, podkreślające jej kobiece biodra i tyle.
Wyjątek stanowiły szare oczy z malutkimi niebieskim plamkami. Pierwszy raz widział takie tęczówki. A teraz te oczy uważnie mu się przypatrywały, tak uważnie, że nagle zawstydzony swoją nagością złożył ręce na swoich klejnotach.
– Kim jesteś? – zapytał.
– Sobą – odpowiedziała.
– Gdzie jestem? – dociekał.
– Tutaj.
– Czy tutaj zostanę? Byłem w innych miejscach, bardzo krótko.
– Jakich?
– Najpierw u trzech młodych blondynek. Zaczęły krzyczeć i znikły.
– Bo miałeś za dużego, to znaczy – poprawiła się szybko – za dużo grzechów na sumieniu.
– A te stare rozchichotane czarownice?
– Dla nich był za mały… za mało nagrzeszyłeś – ponownie szybko się poprawiła.
– Teraz jestem w czyśćcu?
– Umarłeś i twój duch przywędrował tutaj. Tak uważasz?
– Tak – odparł bez przekonania.
– Myślisz, że duszy potrzebna jest to coś dyndające pomiędzy twoimi nogami? – Spojrzała wymownie na jego dłonie zasłaniające intymne miejsce.
– Więc gdzie jestem? – powtórzył pytanie.
– Możesz wrócić, jeśli rozwiążesz, jak zawsze w takich przypadkach, trzy zagadki.
– A jeśli nie rozwiążę?
– Zostaniesz tutaj. Zadbasz o trawnik i żywopłot. – Zakreśliła ręką półkole.
– Mam inne wyjście? – dopytywał.
– Pierwsza zagadka – zignorowała pytanie. Skup się, masz 5 sekund na odpowiedź. Jesteś gotów?
– Tak.
– Na pierwszym przystanku z tramwaju wysiadły 3 osoby, a wsiadło 7. Na drugim wysiadło 9, a wsiadło 12 osób. Na trzecim wsiadło 9, a wysiadło 7 osób. Ile lat ma motorniczy?
– 36 – odpowiedział bez wahania.
– Jesteś pewien?
– Tak!
– Pomyliłeś się, ma 42 lata.
– 36 – powtórzył. – W prawie obowiązuje zasada domniemanej niewinności, jeśli zarzucasz mi kłamstwo, musisz je udowodnić.
Stała zamyślona, w końcu kiwnęła głową:
– No dobrze, niech ci będzie. Teraz drugie pytanie.
– Mam nadzieję, że będzie mądrzejsze od pierwszego – rzucił zaczepnie.
– Uważasz to pierwsze za głupie?
– Owszem, nawet bardzo.
– Jesteś taki mądry i chcesz mądrego pytania? – spytała z ironicznym uśmieszkiem na ustach.
Zawahał się, nie znał odpowiedzi na wszystkie pytania tego świata.
– Nie – powiedział ugodowo. – Poproszę o to, które miałaś zadać.
– Okej. 5 sekund na odpowiedź. Co jest cięższe: tona żelaza czy tona aluminium?
– Tona że... – żachnął się i pośpiesznie dokończył – aluminium.
Wybuchnęła głośnym śmiechem.
– Jednak jesteś głupcem. Tona jest toną, nie ma różnicy czy to żelazo, aluminium czy też coś innego. Przegrałeś!



niedziela, 2 kwietnia 2017

Sierpniowy wieczór

Mieszkanie po całodziennym sierpniowym upale nagrzane było niczym piekarnik, toteż Grzegorz po chłodnym prysznicu nie spieszył się z ubieraniem. Z pewnym rozbawieniem pomyślał o reakcji Ireny, gdyby powitał ją w drzwiach w obecnym stanie, czyli całkiem nago.
Jej reakcja to: szok, zażenowanie czy kokieteryjny uśmieszek? Znali się krótko, do niczego jeszcze między nimi nie doszło, więc jej potencjalne zachowanie stanowiło dla niego zagadką. Zbyt zależało mu na tej znajomości, toteż choć niespiesznie, skierował się ku komodzie z bielizną.
Ciemność zaskoczyła go całkowicie. Niezapowiedziane przerwy w dostawie prądu znał tylko z telewizyjnych relacji o szalejących wichurach, zrywających przewody elektryczne i opowieści dziadka o 20 stopniu zasilania w czasach poprzedniego ustroju.
Gdzieś miał schowaną latarkę, a zapewne również świeczkę, tylko gdzie i jak je znaleźć w takiej ciemności? Nagłe olśnienie – telefon! Światło ekraniku pozwoli poszukać bardziej efektywnego źródła światła.
Zrobił pięć kroków w kierunku stołu, na nim właśnie przed kąpielą położył komórkę. Pomacał przed siebie rękami. Zdziwiony, że nie odnalazł upragnionego mebla, wykonał kilka kolejnych kroków. Później następne. Wokół była tylko ciemność i pustka.
– Kurwa! Co tu się do diaska dzieje? – krzyknął przestraszony.
Odpowiedziała cisza. Ogarnięty coraz większą paniką, po omacku ruszył przed siebie, po chwili zaczął biec. Czas i dystans przestały istnieć, pokonywał metry, może kilometry. Mijały minuty albo godziny. Skręcał w lewo lub prawo, czasem zawracał. Wszędzie i ciągle ta sama martwa, spowita ciemnością, cisza.
Niespodziewany widok dalekiego światełka zaskoczył go i zatrzymał w miejscu. Nie idź w stronę światła – przypomniał sobie słowa z jakiegoś filmu.
Czy miał zawał lub wylew i umarł? Rozmyślając nad tą kwestią, nieświadomie ruszył naprzód i wkroczył w krąg poświaty.
Ciemność zastąpił błękit spowijający trzy młode kobiety, a właściwie dziewczyny. Dwie kucając, układały rozsypane wokoło kwiaty, trzecia stała wyprostowana, coś mówiąc w nieznanym języku do koleżanek, a jego pojawienie przerwało jej wypowiedź wpół słowa. Była zgrabna i anielsko piękna, długie lekko kręcone blond włosy i niebieskie oczy cudnie harmonizowały z otaczającą ja lazurową poświatą. Biała muślinowa tunika ledwie maskowała małe, jędrne piersi zakończone różowymi sutkami. Więcej nie zdążył zobaczyć. Dziewczę obrzuciło go szybkim spojrzeniem, zatrzymując wzrok poniżej jego pępka i zaczęła przeraźliwie krzyczeć, w czym wkrótce zawtórowały jej dwie pozostałe.
Poniewczasie zorientował się, że przyczyną ich histerii był jego najlepszy przyjaciel. Zaintrygowany nową sytuacją wychynął z głębi brzucha, gdzie uprzednio, przestraszony paniką swojego szefa schował się głęboko, a teraz niby peryskop łodzi podwodnej wysuwał ciekawie główkę do góry.
Błękit zadrgał, zamigotał i rozwiał się w niebyt. Jednakże w powracającym mroku nadal tliło się światełko. Bez wahania ruszył ku niemu.
Tym razem poświata przybrała barwę ciemnoniebieską, prawie granatową, a zamiast młodych dziewczyn stały trzy stare wiedźmy. Haczykowate nosy, bezzębne usta, rzadkie posklejane w strąki włosy. Widoku dopełniały czarne, podarte tuniki, niewiele zasłaniające cienkie obwisłe piersi, bardziej przypominające uszy psa jego przyjaciela rasy cocker-spaniel niż obiekt pożądania mężczyzn. Trzy pary oczu szybko zlustrowały jego fizjonomię i zatrzymując spojrzenia na małym Grzesiu, który oczekując całkiem innego towarzystwa, nadal wyniośle manifestował swoją obecność, wybuchnęły gromkim, rechotliwym śmiechem.
Ponownie otoczyła go ciemność z dającym może złudną, ale jednak nadzieję, światełkiem. Do trzech razy próba – mruknął do siebie, ruszając w jego kierunku.