Menu

czwartek, 15 czerwca 2017

Miłość - wpis3: Czy bogowie mogą...?

Przytuliłem twarz do Twojej twarzy, na szczęście byliśmy tutaj razem i razem czekaliśmy na nadejście wiosny. Czy i kiedy przyjdzie, to zależy tylko od nas?. Im mocniej biły nasze serca —, tym gorętsze stawało się słońce, śnieg w jego promieniach tajał. Wsunąłem dłonie pod ubranko, pieszcząc Twoje ciało, powiedziałem:
- Kocham Cię.
Usłyszałem:
- Kocham Cię.
To nie było echo, to Ty powiedziałaś.
Słońce zabłysło pełnym blaskiem, śnieg się stopił i pola wkoło nas się zazieleniły. Nastała wiosna, wiosna naszych uczuć, piękna oaza miłości wśród śnieżnej pustyni chłodu.
Wzięliśmy się za ręce i poszliśmy szukać naszego szczęścia…
Szliśmy polna droga, wysadzaną akacjami. Cudna dziewczyna, cudny zapach kwiatów, słonce święcące wysoko, wokoło łany zbóż. Czyż można chcieć więcej, być bardziej szczęśliwym. Tak, wiedziałem, że tak, niedługo, gdy tą samą drogą będziemy wracać, będziesz już wtedy na zawsze....moja!
Zerwałem pięknego fioletowego kwiatka, podałem, powąchałaś, uśmiechnęłaś się i dałaś szybkiego całuska. Chciałem Cię objąć, przytulić, ale uciekłaś, nie szkodzi, już niedługo będziemy razem, całe dnie, cale noce. Weszliśmy w stary las, wszędzie mroczne stare drzewa, nawet ptaki tutaj nie śpiewają, ani zwierza, ani grzybów. Święty Las. Zaraz wychodzimy na polanę, bajecznie piękna, kolorową, zielony dywan z soczystej trawy, upstrzony różnorodnymi kwiatami, nawet polowy z nich nie znam. Cudownie pachną i cieszą oczy wspaniałymi kształtami. Odurzeni aromatem, kolorami, podchodzimy do prastarego dębu. Tak chciałaś, a ja.... spełnię każda Twoja prośbę.
Klękamy, w cieniu drzewa, na wprost siebie. Bierzemy się za ręce i patrząc Ci w oczy, prosto otwarcie, żebyś wiedziała, że jest w nich szczera prawda mowie:
- Ewo, bardzo Ciebie Kocham, chce, żebyś została na wieki aż do końca świata tylko moja. Obiecuje, że nigdy nie przestanę kochać, nie opuszczę, nie zostawię w potrzebie, nieszczęściu, zlej doli.
Święte Drzewo niech będzie świadkiem i potwierdzi, że mówię to wszystko z czystym i szczerym sercem.
Byłem wzruszony — nie pamiętam, co Ty mówiłaś, cóż całe życie było przed nami, może kiedyś się jeszcze dowiem. Stary ponury las już nie był ciemny głuchy. Zleciały się wszystkie okoliczne ptaszki, ćwierkały nam radośnie nad głowami. Zwierzątka: liski, zajączki, i inne, ciekawie wystawiały główki zza krzaków. W końcu objąłem Cię, przytuliłem, pocałowałem. Nareszcie moja. Tylko moja, ukochana, wymarzona, wyśniona w nieprzespane noce, gdy hormony rozpalając całe ciało, nie pozwalały zasnąć, gdy serce stęsknione miłości nie pozwalało zamknąć oczu.
Czy coś tak pięknego może się zdarzyć, może trwać? Czy bogowie mogą tolerować szczęście ludzi — kto ich zna, ten wie, jaka jest odpowiedź.
Czarne chmury nadeszły tak szybko, że nawet w miłosnych zapędach ich nie zobaczyliśmy, już pierwsze pioruny trafiły w stary las, już pierwszy w drzewo, pod którym staliśmy...



wtorek, 13 czerwca 2017

Miłość - wpis2: Lubię

– Lubię kochać się na łonie natury, kiedy słońce ogrzewa pośladki lub na odludnej plaży. Pieścić Twoją męskość w czasie jazdy samochodem, pod stolikiem restauracyjnym lub w kinie. Lubię miłość francuską, pieszczenie ustami i językiem członka, przytulanie go do policzków, oczu. Lubię czuć, jak Twój penis pulsuje mi w ustach, rośnie, napręża się, tryska nasieniem. I patrzę Ci w oczy, aby widzieć, jaką przyjemność tym sprawiam.
– A ja w Twoje, kochana!
Lubię, kiedy Ty mnie liżesz, delikatnie ssiesz moją perełkę, powoli wkładasz we mnie dwa palce. Możesz bawić się w doktorka, dokładnie oglądając moją ogoloną muszelkę. A nade wszystko lubię czuć, jak wsuwasz penisa w moją cipkę, wypełniasz ją całą, kiedy już jest wilgotna, otwarta i gotowa. Patrzysz mi w oczy, mówisz do mnie, całujesz w szyję i piersi. Poruszasz się coraz szybciej, zdecydowanie, dociskasz biodra do mojego łona. Wtedy krzyczę z rozkoszy, głaszczę Cię po plecach i szyi, ramionach, podziwiam. Dociskam dłońmi Twoje pośladki do siebie, wiję się pod Tobą, władczym i namiętnym, szczytuję. Kiedy mamy ochotę na zmianę pozycji, wystarczy słowo lub gest, a ja spełniam życzenie. Lubię, gdy na mnie patrzysz. Poruszam zmysłowo tyłeczkiem, wypinam się, jestem otwarta. Trzymasz mnie za talię i biodra, głaszczesz po pośladkach, wsuwasz we mnie od tyłu. Pieprzysz delikatnie, potem mocno. Chcę, żebyś krzyczał z rozkoszy, czuł się spełniony, męski i silny. Chcę być Twoją dobrą wróżką, przyjaciółką, kimś wyjątkowym.
– Chciałabym spełniać Twoje fantazje.


Wokoło pola przykryte białym puchem śniegu. Gładka powierzchnia wyrównywała wszystkie nierówności, zagłębienia, bruzdy, tylko w miejscach, gdzie rosły większe roślinki, tworzyły się niewielkie górki. Krajobraz ludzkich uczuć niby czyste i gładkie, a takie zimne.
Staliśmy obok siebie, zanurzeni w śniegu po kolana. Zadrżałaś z zimna, a mi było gorąco. Gdybym mógł dać Ci trochę swojego ciepła, odrobinkę z tego ogromnego żaru, który rozpływał się po moim ciele od serca, zawsze, ilekroć pomyślałem, albo spojrzałem na Ciebie.
Pamiętam, gdy pierwszy raz ujrzałem Twoje oczy, zapatrzyłem się w nie i od razu mnie pochłonęły, wciągnęły w swoją bezdenną otchłań, bez możliwości wyjścia. Później pierwszy pocałunek, niezapomniany smak ust, zamknął ostatnią drogę powrotu.
Objąłem Cię ramieniem i mocno przytuliłem. Byłem Twoim niewolnikiem, czy ta niewola będzie radosna, czy naprawdę zostaniesz moja Królową? Był moment, że lodowe palce rozpaczy ścisnęły serce — na moment przestało bić, stało i czekało, czy odwrócisz się od nas i odejdziesz, czy zostaniesz. Wewnątrz siebie poczułem pustkę zimowej nocy, ciemności bez promyka nadziei. Zostałaś, ale i obawa gdzieś tam głęboko ukryta została.



poniedziałek, 12 czerwca 2017

Sierpniowy wieczór, październikowy wieczór - wpis 6

Wzruszyła obojętnie ramionami.
– Drugie pytanie: W szeregu stoi sto skarbonek z numerami od 1 do 100. W pierwszej jest jeden grosz, w każdej następnej ilość pieniędzy się podwaja. Jeżeli przez 60 lat codziennie będziesz wydawał co najmniej 900, ale nie więcej niż 1000 złotych, to którą skarbonkę wybierzesz, żeby wystarczyło ci pieniędzy i równocześnie nic nie zostało? Możesz pomylić się o jeden numer, tylko jeden i pamiętaj: czas szybko płynie.
– Okej. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni razy sześćdziesiąt lat – liczył na głos – trzysta razy sześćdziesiąt daje osiemnaście tysięcy plus sześćdziesiąt razy sześćdziesiąt mamy trzy tysiące sześćset i do tego pięć razy sześćdziesiąt, w sumie dwadzieścia jeden tysięcy dziewięćset dni pomnożone przez tysiąc. Czyli mogę wydać niecałe dwadzieścia dwa miliony, od tego odejmiemy dziesięć procent. Więc muszę mieć sumę od dwudziestu do dwudziestu dwóch milionów. Tak?
Ponownie wzruszyła ramionami.
– W dwudziestej piątej skarbonce – liczył dalej – jest około stu sześćdziesięciu pięciu tysięcy złotych, kolejno mamy trzysta dwadzieścia, sześćset czterdzieści. Mogę się pomylić o jedną, więc zaokrąglę do miliona trzystu, dwa sześćset, pięć dwieście, dziesięć czterysta i dwadzieścia milionów osiemset tysięcy. Siedem kolejnych skarbonek. Stawiam na numer 32.
– Skąd wiedziałeś, że w 25 jest 165 tysięcy? – spytała zaciekawiona.
– Dokładniej, to nawet ciut ponad 167, zaokrągliłem, żeby łatwiej liczyć. Tyle właśnie ma 24-bitowa paleta barw w komputerze, a bit wynosi 2, więc musiałem dodać jedną skarbonkę.
– Mądraliński jesteś. Ostatnie pytanie. Jesteś gotów?
– Tak. Czekam z niecierpliwością.
– Skąd się biorą dzieci?
Spojrzał na kobietę zdumiony.
– Zostały ci 2 minuty – stwierdziła obojętnie.
Opanował zaskoczenie, zbliżył się do kobiety, mocno ją objął i przez chwilę cicho szeptał do jej ucha. Odskoczyła gwałtownie, a policzki wypełnił szkarłatny rumieniec. Trudno powiedzieć czy to była reakcja na jego słowa, czy może na jego twardniejącą męskość wpierającą w jej brzuch, bo w tym samym momencie stał już w swoim mieszkaniu.
Na dźwięk dzwonka bez wahania, tak jak stał, czyli nago ze zwiedzionym członkiem, ruszył do drzwi. Stała w drzwiach z zaczerwienioną twarzą, bez słowa wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka.
Rano nadal była i następnego ranka również i przez kolejne poranki. Była przy nim ciągle taka sama, trzydziestoletnia kobieta. Nawet wtedy, gdy jego głowę pokryła przerzedzona siwizna, a skóra na ciele pomarszczyła się i sflaczała.
Zniknęła dopiero wtedy, gdy on po raz trzeci przeniósł się do tamtego dziwnego świata i już z niego nie powrócił.




niedziela, 11 czerwca 2017

Miłość - wpis1: Szedłem pusta droga

Szedłem pusta droga, samotny, obojętny, wokoło zimna noc. W górze na wielkim czystym niebie święciły gwiazdy, blade, zimne obojętne.
Dokąd szedłem, nie wiem, było mi wszystko jedno. Jak długo szedłem, nie wiem, co za różnica, ale chyba bardzo długo. Czasami ktoś się pojawił, chwilę towarzyszył i nagle znikał w ciemności. Gdzieś daleko cichy grzmot. Spojrzałem w niebo, czyste, zimne, tylko gwiazdy ponurym blaskiem drwiły ze mnie. Właściwie dlaczego, przecież tak je kochałem, wielbiłem. Grzmot narastał coraz głośniejszy, bliższy. Nadciąga burza, ale skąd? Przecież na niebie nie ma ani jednej chmurki, może powinienem się schować, było mi to obojętne, cóż najwyżej jeden samotny człowiek mniej.
Niebo z potwornym, ogłuszającym hukiem rozwarło się tuż nade mną. Błysk przyszedł od samych gwiazd. Poczułem przytłaczający ciężar paraliżujący wszelkie ruchy. Żyłem, przytomniałem, poczułem przy sobie coś miłego, miękkiego, ciepłego. Otworzyłem oczy. Na wprost ujrzałem inne oczy, piękne, kobiece. Wpatrywałem się w nie z zachwytem, zacząłem się w nich topić, wciągały mnie coraz głębiej, powoli, wytrwale, nie mogłem się od nich oderwać, nie mogłem przestać patrzeć. Zapadałem się i wiedziałem, że jest to nieodwracalne. Uszczypnąłem się, potrząsnąłem głowa, ale to nie był sen. Przede mną stała piękna dziewczyna, długie ciemne włosy, zmysłowe usta. Prezent od gwiazd? Wziąłem ja na ręce i pomyślałem, jeżeli gwiazdy mi Cię dały, tylko gwiazdy mogą odebrać, nie oddam Cię nikomu i nie pozwolę zaginąć w ciemności. Niosąc swój słodki ciężar, ruszyłem w drogę, im dalej szedłem, tym ścieżka stawała się wyraźniejsza łatwiejsza. Może w końcu znajdę jej kres? Z radością wypełniającą serce zacząłem biec. Nie czułem ciężaru, nie czułem zmęczenia, miąłem nadzieje na miłość. W oddali zobaczyłem piękne miasto. Pomyślałem: tam będzie mój dom. Przystanąłem, postawiłem dziewczynę na ziemi, klęknąłem przed nią, powiedziałem:
- Pani będę Cię nosił całe życie na rękach, będę całował ślady po Twoich stopach.
Również klęknęła, pocałowała mnie i odpowiedziała:
- Zostań moim przyjacielem i kochankiem.
A po chwili dodała:
- Jestem Ewa. Chciałabym czuć się kobieca, dowartościowana, seksowna i piękna. Chcę być traktowana jak dama, królewna, Twoja Pani. Chcę, abyś mnie adorował, rozpieszczał, wielbił. Ukołysz mnie swoim głębokim głosem. Opowiadaj mi o swojej miłości. Kocham pieszczoty w szyję, kark, włosy, piersi. Lubię też patrzeć, masować z oliwką, być dotykaną. Lubię przyjemne aromaty, ciepło, miły nastrój. Z początku jestem nieśmiała. Kiedy już mnie oswoisz, rozpalisz, będziesz chronił, zaufamy sobie – możemy zrobić wiele pomysłowych rzeczy. Wtedy staję się odważna, rozkwitam w Twoich dłoniach. Lubię dyskretne pieszczoty w miejscu publicznym, świadomość, że ktoś może nas podejrzeć, albo usłyszeć. Twoje pożądliwe spojrzenie podnieca mnie. Wiesz, o czym myślę?
– Tak – odpowiedziałem.



wtorek, 18 kwietnia 2017

Sierpniowy wieczór, październikowy wieczór - wpis 5

Teraz czas na wiedźmy. Ruszył w kierunku światełka. Trzy stare jędze, choć może słowo diablice byłoby trafniejszym określeniem, stały i zawzięcie o czymś dyskutowały. Pojawienie intruza przerwało rozmowę wpół słowa. Lustrowały go, począwszy od czubka głowy, o wiele uważniej niż poprzedniczki. Wzrok staruch zamarł na jego kroczu, natomiast zaczęły opadać szczęki, coraz bardziej odsłaniając ciemnoczerwone prawie brązowe dziąsła i chropowate jak kora starego dębu języki.
Co jest u diabła? Zdziwiony spojrzał w dół. Zrozumiał.
Wzmianki Karoliny o jej awersji do zbyt owłosionych panów i aluzje na temat nowoczesnych, wydepilowanych mężczyzn, sprawiły, że sporą część godziny spędzonej w łazience poświęcił na boyzilian.
Czyż jednak te baby nigdy nie widziały ogolonych jaj u faceta? Miał ochotę dosadnie zakląć, ledwie powstrzymał się w ostatniej chwili. Brzydkie słowa mogły odnieść odmienny skutek od oczekiwanego. Zastosował inną taktykę.
– Miło mi poznać szanowne panie…
– Kto cię tutaj wprowadził? – skrzekliwym głosem przerwała najbliżej stojąca wiedźma.
– Nikt – odpowiedział, trochę zbity z tropu.
– Sam nie mogłeś przyjść – upierała się baba.
– A jednak przybyłem solo.
– Dzieciom wstęp wzbroniony! – stwierdziła kategorycznie. – Musiałeś przyjść z kimś dorosłym.
– Nie jestem dzieckiem! – zripostował stanowczo.
– Przecież widzę, że jesteś. – Wycelowała kościstym palcem w jego krocze.
– Taki golutki! – potwierdziła druga.
– I malutki! – przytaknęła trzecia.
Mały Grześ faktycznie wniknął głęboko w podbrzusze swojego bossa. Głębiej nawet niż wtedy, gdy był zmuszony zanurzyć się w zimnej wodzie w czasie morskiej kąpieli.
Olśnienie przyszło niespodziewanie. Dyskusja z jędzami pozbawiona była sensu, trzeba im przytaknąć!
– To ja poczekam, aż tata wróci na tamtym trawniku – stwierdził skwapliwie.
Ponura granatowa poświata zadrżała, zamrugała i znalazł się w ciemnościach. Pośpiesznie ruszył w kierunku jedynego jasnego punkcika.
Trawnik i żywopłot od poprzedniej wizyty nie uległy najmniejszej zmianie, wyglądały dokładnie tak samo, jak dwa miesiące temu. Czyż jednak czas w tym miejscu płynął w takim samym rytmie? Tutaj mogło minąć tylko parę minut lub godzin.
Cierpliwie czekał na pojawienie się nieznajomej kobiety.
– Żeby wrócić do domu, musisz rozwiązać trzy zagadki, w czasie pięciu minut – usłyszał głos za plecami.
– Nowe zasady? – odwrócił się do tyłu.
Tym razem stał ze swobodnie opuszczonymi rękami, bez wstydliwego zasłaniania przyrodzenia, acz ona i tak patrzyła mu prosto w oczy.
– Jesteś bardzo przemądrzały i dostaniesz trudniejsze pytania.
– Jestem gotowy.
– W jaki dzień będzie najdłuższy wieczór w tym roku? Pamiętaj, masz pięć minut na wszystkie zadania.
– W grudniu, trzynastego. Spędzimy go razem? – zapytał z uśmiechem.
Również się uśmiechnęła, a po chwili głośno roześmiała:
– Sam go spędzisz tutaj. Ja będę gdzieś indziej z kimś innym, mniej przemądrzałym za to mądrzejszym. Dałeś się podejść, wcale nie zadałam ci trudnego pytania, każde dziecko wie, że najdłuższa noc jest w dniu rozpoczęcia astronomicznej zimy, czyli 21 grudnia.
– Wiem – przytaknął – tyle że pytanie dotyczyło najdłuższego wieczoru, a nie nocy. W mojej miejscowości 13 grudnia słońce zachodzi o 15,30, natomiast 21 grudnia już o 15,32. Jak widzisz, wieczór trzynastego jest dłuższy o dwie minuty.
– Jaki bystrzak – obruszyła się lekko – powiesz mi dlaczego?
– Chętnie. Przyjdź później do mnie, mojej mamy dzisiaj nie spotkasz. Przy lampce dobrego wina wytłumaczę ci zawiłości astronomii.






wtorek, 11 kwietnia 2017

Sierpniowy wieczór, październikowy wieczór - wpis 4

Obydwie zrejterowały. Odwróciły się i odeszły bez słowa. Trzykrotnie telefonował do mamy z wytłumaczeniem dość mętnych jednak chyba również w miarę przekonującym, zanim wybaczyła nietaktowne, wręcz grubiańskie jak to określiła, zachowanie syna.
Tej drugiej kobiety nie znała. Spotkały się przypadkowo przed domem. Zapytana o adres Grzegorza P. przyprowadziła ją pod jego drzwi. Po tym godnym ubolewania incydencie, zeszły razem po schodach na parter i na chodniku przed wejściem po wymianie paru grzecznościowych słów poszły w przeciwnych kierunkach i tyle.
Kilkanaście minut później zignorował kolejny dzwonek do drzwi. Na komórkę, która zaraz potem rozbrzmiała melodyjką ledwie rzucił okiem. Irena. Całe popołudnie robił staranne plany na ekscytujący wieczór i poranną kawusię, oczywiście z Irką, a teraz…?
Bezgranicznie się zakochał! I to w kim? W kobiecie, którą znał niecałą godzinę i zamienił raptem parę słów, o której nic nie wiedział, ba nawet nie znał jej imienia! Nie był pewny czy w ogóle istnieje, czy jest tylko tworem jego wyobraźni.
Nazajutrz zatelefonował do Ireny. W niewiarygodny wręcz głupi sposób próbując wytłumaczyć poprzedni wieczór. Rozmowa zaowocowała zerwaniem znajomości przez Irkę, co przyjął z wyraźną ulgą. Jego zadurzenie do nieznajomej przez noc nie minęło, do miłości dołączyła tęsknota, a nierealność tych uczuć potęgowała je, zamiast wyciszyć.
Mijały tygodnie, natura objawiła swoje prawa, których normalny, młody, zdrowy mężczyzna nie mógł ignorować i z którymi absurdalna, abstrakcyjna, a przede wszystkim platoniczna miłość nie miała szans konkurować. Zaczął spotykać się z Kingą.
W pewien październikowy wieczór zaplanował rozwiniecie tej znajomość i przeniesienie jej na inną płaszczyznę, najchętniej pokrytą prześcieradłem. Kino, kolacja, a później… ? Później zależnie od sytuacji będzie improwizował. Biorąc prysznic, goląc się i wykonując inne zabiegi kosmetyczne, spędził pracowitą godzinę w łazience. Wyszedł jak zwykle nago. Pełna optymizmu i radosnego uniesienia ruszył w kierunku komody z bielizną.
Ciemność i bezgraniczna pustka. Znowu to samo – pomyślał. Poczuł nieuzasadnioną radość. Zobaczę ją! Powinien biec, jednak tym razem nie musiał, światełko błyszczało zachęcająco na wprost przed nim. Ochoczo ruszył w jego kierunku.
Trzy młode dziewczyny nie przerywając rozmowy w swoim niezrozumiały, świergotliwym jak ptasie trele, języku ledwie spojrzały na niego. Miał czas przyjrzeć się im dokładnie, już nie wydały mu się tak piękne: za młode, za chude i ze swoimi małymi piersiami, wąskimi biodrami, cienkimi nóżkami były, jak na jego gust, za mało kobiece. Scena przedłużała się, dziewczyny plotkowały, a on stał i gapił się na niej. Co jest, długo mam tu sterczeć? – pomyślał. Przypomniał sobie słowa bezimiennej kobiety: wygoniły mnie, bo czegoś był za dużo. Zerknął w kierunku swojego brzucha. Niczego tam nie było za dużo, te chude szkapy tym razem na mnie nie zadziałały – wywnioskował.
- Hej małe zdziry – krzyknął zirytowany – wasze nagie chłopięce ciała obleczone tymi przeźroczystymi firankami wcale mnie nie interesują, może kiedyś, gdy dorośniecie i staniecie się kobietami, pogadam z wami dłużej, teraz chciałbym stąd wyjść.
Spojrzały zaskoczone, a policzki oblał im rumieniec gniewu lub wstydu. Nim zdążył się zastanowić, oblokła go pusta ciemność.Obydwie zrejterowały. Odwróciły się i odeszły bez słowa. Trzykrotnie telefonował do mamy z wytłumaczeniem dość mętnych jednak chyba również w miarę przekonującym, zanim wybaczyła nietaktowne, wręcz grubiańskie jak to określiła, zachowanie syna.
Tej drugiej kobiety nie znała. Spotkały się przypadkowo przed domem. Zapytana o adres Grzegorza P. przyprowadziła ją pod jego drzwi. Po tym godnym ubolewania incydencie, zeszły razem po schodach na parter i na chodniku przed wejściem po wymianie paru grzecznościowych słów poszły w przeciwnych kierunkach i tyle.
Kilkanaście minut później zignorował kolejny dzwonek do drzwi. Na komórkę, która zaraz potem rozbrzmiała melodyjką ledwie rzucił okiem. Irena. Całe popołudnie robił staranne plany na ekscytujący wieczór i poranną kawusię, oczywiście z Irką, a teraz…?
Bezgranicznie się zakochał! I to w kim? W kobiecie, którą znał niecałą godzinę i zamienił raptem parę słów, o której nic nie wiedział, ba nawet nie znał jej imienia! Nie był pewny czy w ogóle istnieje, czy jest tylko tworem jego wyobraźni.
Nazajutrz zatelefonował do Ireny. W niewiarygodny wręcz głupi sposób próbując wytłumaczyć poprzedni wieczór. Rozmowa zaowocowała zerwaniem znajomości przez Irkę, co przyjął z wyraźną ulgą. Jego zadurzenie do nieznajomej przez noc nie minęło, do miłości dołączyła tęsknota, a nierealność tych uczuć potęgowała je, zamiast wyciszyć.
Mijały tygodnie, natura objawiła swoje prawa, których normalny, młody, zdrowy mężczyzna nie mógł ignorować i z którymi absurdalna, abstrakcyjna, a przede wszystkim platoniczna miłość nie miała szans konkurować. Zaczął spotykać się z Kingą.
W pewien październikowy wieczór zaplanował rozwiniecie tej znajomość i przeniesienie jej na inną płaszczyznę, najchętniej pokrytą prześcieradłem. Kino, kolacja, a później… ? Później zależnie od sytuacji będzie improwizował. Biorąc prysznic, goląc się i wykonując inne zabiegi kosmetyczne, spędził pracowitą godzinę w łazience. Wyszedł jak zwykle nago. Pełna optymizmu i radosnego uniesienia ruszył w kierunku komody z bielizną.
Ciemność i bezgraniczna pustka. Znowu to samo – pomyślał. Poczuł nieuzasadnioną radość. Zobaczę ją! Powinien biec, jednak tym razem nie musiał, światełko błyszczało zachęcająco na wprost przed nim. Ochoczo ruszył w jego kierunku.
Trzy młode dziewczyny nie przerywając rozmowy w swoim niezrozumiały, świergotliwym jak ptasie trele, języku ledwie spojrzały na niego. Miał czas przyjrzeć się im dokładnie, już nie wydały mu się tak piękne: za młode, za chude i ze swoimi małymi piersiami, wąskimi biodrami, cienkimi nóżkami były, jak na jego gust, za mało kobiece. Scena przedłużała się, dziewczyny plotkowały, a on stał i gapił się na niej. Co jest, długo mam tu sterczeć? – pomyślał. Przypomniał sobie słowa bezimiennej kobiety: wygoniły mnie, bo czegoś był za dużo. Zerknął w kierunku swojego brzucha. Niczego tam nie było za dużo, te chude szkapy tym razem na mnie nie zadziałały – wywnioskował.
- Hej małe zdziry – krzyknął zirytowany – wasze nagie chłopięce ciała obleczone tymi przeźroczystymi firankami wcale mnie nie interesują, może kiedyś, gdy dorośniecie i staniecie się kobietami, pogadam z wami dłużej, teraz chciałbym stąd wyjść.
Spojrzały zaskoczone, a policzki oblał im rumieniec gniewu lub wstydu. Nim zdążył się zastanowić, oblokła go pusta ciemność.  



niedziela, 9 kwietnia 2017

Sierpniowy wieczór wpis 3

Energicznie machnął otwartą dłonią tuż przed nosem kobiety, lekki wietrzyk owiał jej twarz. Instynktownie cofnęła głowę:
– Co robisz?
– Nie zastrzegłaś gdzie stoi ta hipotetyczna waga, więc przyjąłem, że na tym trawniku, a tutaj jest powietrze, więc obowiązuje prawo Archimedesa.
– Kogo?
– Takiego faceta sprzed wieków. Wyskoczył z wanny z okrzykiem „Eureka” i wybiegł nago na ulicę.
– Nie musisz się wymądrzać, wiem, kto to jest. I co z tego jego prawa?
– Aluminium ma mniejszy ciężar właściwy niż żelazo, więc przy równej wadze ma większą objętość, tym samy wypiera więcej powietrza i o to ciut więcej tego powietrza samo również musi być ciut cięższe, żeby wskazania wagi były takie same. Wniosek jest oczywisty: tona aluminium jest cięższa od tony żelaza.
– Przestań już mędrkować. – Zachmurzyła gniewnie buzię. – Trzecia zagadka wymaga inteligencji i pracowitości. Masz na rozwiązanie 5 godzin.
– Aż tyle?
Po poprzednich limitach pięciosekundowych ten wydał mu się niewspółmiernie długi.
– Okaże się, czy to aż tyle – odparła ze złośliwym uśmieszkiem.
– Co mam zrobić?
– Wyjść stąd.
Zniknęła.
Patrzył zaskoczony w puste miejsce, nie pozostał po niej nawet najmniejszy ruch powietrza czy zapach, nawet trawa nie zachowała odcisku jej stóp.
Może spotkam ją po rozwiązaniu ostatniej zagadki? Z tą nadzieją, choć sam nie rozumiał, dlaczego bardziej myśli o spotkaniu nieznajomej niż o powrocie do domu, uważnie zlustrował trawnik. Idealnie równy, bez śladu wskazującego na istnienie ukrytych wejść do podziemnego przejścia czy tunelu.
Ruszył w stronę żywopłotu i zanim przeszedł połowę okręgu zatoczonego przez krzewy, natrafił na wąską ledwie dostrzegalną lukę. Ostrożnie przecisnął nagie ciało na druga stronę zielonego muru. Żywopłot tworzył tutaj krótki korytarz zakończony podobnym, prostopadłym do niego.
Labirynt – pomyślał. – Mam być inteligentny i pracowity. No cóż, żeby przejść labirynt nie potrzeba zbyt dużo rozumu. Wystarczy cały czas trzymać się jednej ściany, lewej lub prawej a ona bezbłędnie zaprowadzi do wyjścia. Natomiast metoda ta jakkolwiek skuteczna i owszem, może być bardzo pracowita.
Otrzymany czas na wykonanie trzeciego zadania nie wydał już mu się taki długi. Więc bez zwlekania, ruszył truchcikiem wzdłuż lewej ściany naturalnego muru. Instynkt podpowiadając lewą stronę, był jego dobrym doradcą. Po kilkunastu minutach dotarł do wyjścia. Krótki spojrzenie za siebie wyprowadziło go z błędu. Labirynt tworzył kwadrat o bokach co najwyżej 50-metrowych.
Kobieta pojawiła się przed nim równie nagle, jak poprzednio zniknęła.
– Nisko oceniłaś moją inteligencję i pracowitość – stwierdził ironicznie, wskazując ręką układ zielonych korytarzy.
– A czy w twoim świecie trzeba być pracowitym i inteligentnym, żeby zdobyć pozycję, osiągnąć sukces, czy wystarczy…
Dźwięk dzwonka przerwał jej wypowiedź. Bezmyślnie, ciągle zatopiony myślami w tamtym świecie, podszedł do drzwi wejściowych. Otworzył, oczekując widoku Ireny. Na progu stała jego mama, a po jej minie zorientował się, że coś jest nie tak. Szybko domyślił się co. Dorosły facet stał przed swoją rodzicielką całkiem goły, a na domiar nie była sama.
Młoda, na oko 30-letnia kobieta zlustrowała go szybkim spojrzeniem. Kąciki jej ust rozciągnęły się i uniosły ku górze. Wesołe ogniki rozbłysły również w szarych z malutkimi niebieskimi cętkami, oczach.




środa, 5 kwietnia 2017

Sierpniowy wieczór wpis 2

Stał na okrągłym średnicy około 20 metrów, otoczonym gęstym, wysokim żywopłotem, trawniku. Prawdziwa trawa! Czuł delikatne kłucie krótko przystrzyżonych listków w gołe stopy.
– Witaj – damski głos dobiegł za pleców.
Odwrócił się gwałtownie. Stała na wprost młodej, na oko 30-letniej kobiety. Nie była taka piękna jak nastoletnie długowłose blondynki i nie taka szkaradna jak stare wiedźmy. Ładna, zgrabna ale taka zwyczajna kobieta. Ziemska – pomyślał.
Włosy ciemny blond, delikatnie kręcone spływały na ramiona, nosek proporcjonalny, usteczka fajne, choć widywał i całował fajniejsze. Ubrana w prostą beżową sukienkę z krótkim rękawem sięgająca trochę powyżej kolan. Talię ściągał czarny paseczek, podkreślające jej kobiece biodra i tyle.
Wyjątek stanowiły szare oczy z malutkimi niebieskim plamkami. Pierwszy raz widział takie tęczówki. A teraz te oczy uważnie mu się przypatrywały, tak uważnie, że nagle zawstydzony swoją nagością złożył ręce na swoich klejnotach.
– Kim jesteś? – zapytał.
– Sobą – odpowiedziała.
– Gdzie jestem? – dociekał.
– Tutaj.
– Czy tutaj zostanę? Byłem w innych miejscach, bardzo krótko.
– Jakich?
– Najpierw u trzech młodych blondynek. Zaczęły krzyczeć i znikły.
– Bo miałeś za dużego, to znaczy – poprawiła się szybko – za dużo grzechów na sumieniu.
– A te stare rozchichotane czarownice?
– Dla nich był za mały… za mało nagrzeszyłeś – ponownie szybko się poprawiła.
– Teraz jestem w czyśćcu?
– Umarłeś i twój duch przywędrował tutaj. Tak uważasz?
– Tak – odparł bez przekonania.
– Myślisz, że duszy potrzebna jest to coś dyndające pomiędzy twoimi nogami? – Spojrzała wymownie na jego dłonie zasłaniające intymne miejsce.
– Więc gdzie jestem? – powtórzył pytanie.
– Możesz wrócić, jeśli rozwiążesz, jak zawsze w takich przypadkach, trzy zagadki.
– A jeśli nie rozwiążę?
– Zostaniesz tutaj. Zadbasz o trawnik i żywopłot. – Zakreśliła ręką półkole.
– Mam inne wyjście? – dopytywał.
– Pierwsza zagadka – zignorowała pytanie. Skup się, masz 5 sekund na odpowiedź. Jesteś gotów?
– Tak.
– Na pierwszym przystanku z tramwaju wysiadły 3 osoby, a wsiadło 7. Na drugim wysiadło 9, a wsiadło 12 osób. Na trzecim wsiadło 9, a wysiadło 7 osób. Ile lat ma motorniczy?
– 36 – odpowiedział bez wahania.
– Jesteś pewien?
– Tak!
– Pomyliłeś się, ma 42 lata.
– 36 – powtórzył. – W prawie obowiązuje zasada domniemanej niewinności, jeśli zarzucasz mi kłamstwo, musisz je udowodnić.
Stała zamyślona, w końcu kiwnęła głową:
– No dobrze, niech ci będzie. Teraz drugie pytanie.
– Mam nadzieję, że będzie mądrzejsze od pierwszego – rzucił zaczepnie.
– Uważasz to pierwsze za głupie?
– Owszem, nawet bardzo.
– Jesteś taki mądry i chcesz mądrego pytania? – spytała z ironicznym uśmieszkiem na ustach.
Zawahał się, nie znał odpowiedzi na wszystkie pytania tego świata.
– Nie – powiedział ugodowo. – Poproszę o to, które miałaś zadać.
– Okej. 5 sekund na odpowiedź. Co jest cięższe: tona żelaza czy tona aluminium?
– Tona że... – żachnął się i pośpiesznie dokończył – aluminium.
Wybuchnęła głośnym śmiechem.
– Jednak jesteś głupcem. Tona jest toną, nie ma różnicy czy to żelazo, aluminium czy też coś innego. Przegrałeś!



niedziela, 2 kwietnia 2017

Sierpniowy wieczór

Mieszkanie po całodziennym sierpniowym upale nagrzane było niczym piekarnik, toteż Grzegorz po chłodnym prysznicu nie spieszył się z ubieraniem. Z pewnym rozbawieniem pomyślał o reakcji Ireny, gdyby powitał ją w drzwiach w obecnym stanie, czyli całkiem nago.
Jej reakcja to: szok, zażenowanie czy kokieteryjny uśmieszek? Znali się krótko, do niczego jeszcze między nimi nie doszło, więc jej potencjalne zachowanie stanowiło dla niego zagadką. Zbyt zależało mu na tej znajomości, toteż choć niespiesznie, skierował się ku komodzie z bielizną.
Ciemność zaskoczyła go całkowicie. Niezapowiedziane przerwy w dostawie prądu znał tylko z telewizyjnych relacji o szalejących wichurach, zrywających przewody elektryczne i opowieści dziadka o 20 stopniu zasilania w czasach poprzedniego ustroju.
Gdzieś miał schowaną latarkę, a zapewne również świeczkę, tylko gdzie i jak je znaleźć w takiej ciemności? Nagłe olśnienie – telefon! Światło ekraniku pozwoli poszukać bardziej efektywnego źródła światła.
Zrobił pięć kroków w kierunku stołu, na nim właśnie przed kąpielą położył komórkę. Pomacał przed siebie rękami. Zdziwiony, że nie odnalazł upragnionego mebla, wykonał kilka kolejnych kroków. Później następne. Wokół była tylko ciemność i pustka.
– Kurwa! Co tu się do diaska dzieje? – krzyknął przestraszony.
Odpowiedziała cisza. Ogarnięty coraz większą paniką, po omacku ruszył przed siebie, po chwili zaczął biec. Czas i dystans przestały istnieć, pokonywał metry, może kilometry. Mijały minuty albo godziny. Skręcał w lewo lub prawo, czasem zawracał. Wszędzie i ciągle ta sama martwa, spowita ciemnością, cisza.
Niespodziewany widok dalekiego światełka zaskoczył go i zatrzymał w miejscu. Nie idź w stronę światła – przypomniał sobie słowa z jakiegoś filmu.
Czy miał zawał lub wylew i umarł? Rozmyślając nad tą kwestią, nieświadomie ruszył naprzód i wkroczył w krąg poświaty.
Ciemność zastąpił błękit spowijający trzy młode kobiety, a właściwie dziewczyny. Dwie kucając, układały rozsypane wokoło kwiaty, trzecia stała wyprostowana, coś mówiąc w nieznanym języku do koleżanek, a jego pojawienie przerwało jej wypowiedź wpół słowa. Była zgrabna i anielsko piękna, długie lekko kręcone blond włosy i niebieskie oczy cudnie harmonizowały z otaczającą ja lazurową poświatą. Biała muślinowa tunika ledwie maskowała małe, jędrne piersi zakończone różowymi sutkami. Więcej nie zdążył zobaczyć. Dziewczę obrzuciło go szybkim spojrzeniem, zatrzymując wzrok poniżej jego pępka i zaczęła przeraźliwie krzyczeć, w czym wkrótce zawtórowały jej dwie pozostałe.
Poniewczasie zorientował się, że przyczyną ich histerii był jego najlepszy przyjaciel. Zaintrygowany nową sytuacją wychynął z głębi brzucha, gdzie uprzednio, przestraszony paniką swojego szefa schował się głęboko, a teraz niby peryskop łodzi podwodnej wysuwał ciekawie główkę do góry.
Błękit zadrgał, zamigotał i rozwiał się w niebyt. Jednakże w powracającym mroku nadal tliło się światełko. Bez wahania ruszył ku niemu.
Tym razem poświata przybrała barwę ciemnoniebieską, prawie granatową, a zamiast młodych dziewczyn stały trzy stare wiedźmy. Haczykowate nosy, bezzębne usta, rzadkie posklejane w strąki włosy. Widoku dopełniały czarne, podarte tuniki, niewiele zasłaniające cienkie obwisłe piersi, bardziej przypominające uszy psa jego przyjaciela rasy cocker-spaniel niż obiekt pożądania mężczyzn. Trzy pary oczu szybko zlustrowały jego fizjonomię i zatrzymując spojrzenia na małym Grzesiu, który oczekując całkiem innego towarzystwa, nadal wyniośle manifestował swoją obecność, wybuchnęły gromkim, rechotliwym śmiechem.
Ponownie otoczyła go ciemność z dającym może złudną, ale jednak nadzieję, światełkiem. Do trzech razy próba – mruknął do siebie, ruszając w jego kierunku.

piątek, 31 marca 2017

Kubuś zasnął

Po cichu wszedł do dziecięcego pokoiku. Przez chwilę stał nad synkiem wsłuchany w jego równy, miarowy oddech. Pochylił się, odrzucił na bok kołderkę i delikatnie wziął chłopca na ręce. Ostrożnie zszedł po schodach na parter i ułożył dziecko na rozłożonej wcześniej kanapie w salonie. Przykrył kolorowym kocykiem i jeszcze przez chwilę, w głębokiej zadumie przyglądał się śpiącemu Kubusiowi.
Przepraszam – szepnął cicho łamiącym głosem. – Nie mogę cię zostawić samego z tą zołzą, twoją matką.
Wyszedł na korytarz, przez wewnętrzne przejście wszedł do garażu. Wsiadł do auta, przekręcił kluczyk, silnik zaskoczył po kilku obrotach. Nie wyłączając go, wrócił do mieszkania, zostawiając drzwi w przejściu szeroko otwarte. Zabrał z kuchni szklankę i po schodach wrócił na piętro. Odszukał ukrytą butelkę wódki, nalał pełną szklankę, bez wahania, duszkiem wypił całą zawartość.
Z drugą celebrował się dłużej, opróżnił ją kilkoma dużymi łykami, w międzyczasie wypisując tekst na komórce. Wlał resztę alkoholu, patrząc, jak krople z opróżnionej butelki skapują do naczynia. Taka sama kropla przelała moją szalę goryczy – pomyślał po ostatniej.
Po półgodzinie, dusząc się i kaszląc, wrócił do wypełnionego spalinami salonu. Odłożył telefon na ławę, naciskając równocześnie klawisz potwierdzający wysłanie SMS-a. Położył się obok synka, mocno przytulając jego bezwładne i stygnące już ciałko.

Kobieta i mężczyzna leżeli na łóżku spleceni w miłosnym uścisku. Stojąca w kącie lampa z mocno przykręconym regulatorem napięcia, ledwie rozświetlała mrok, a cicho, rytmicznie poskrzypujące sprężyny materaca delikatnie wypełniały ciszę.
Mocniej – jękliwie poprosiła kobieta.
Jednocześnie ruchy jej bioder stały się szybsze, gwałtowniejsze. Ogarnięta coraz większą namiętnością nie zwróciła uwagi na dźwięk przychodzącego SMS-a, który wplótł się w jej okrzyki rozkoszy.
Wspaniały jesteś – powiedziała chwilę później, całując leżącego na niej mężczyznę.
O telefonie przypomniała sobie godzinę później, gdy już ubrana wychodziła z mieszkania kochanka.
Wiadomość była krótka: Kubuś zasnął.
Spojrzała na zegarek. Idiota. – pomyślała z niechęcią o mężu – Pozwala dziecku siedzieć do późna przed telewizorem, tylko po to, by zrobić mi na złość. Głupi kretyn.


Od rozwodu, czyli od prawie dwóch lat, miał problemy z zasypianiem. Hałas dobiegający zza okna wcale ułatwiał zaśnięcia. Nawet nie to, że był głośny, właściwie ledwie go słyszał, ale był upierdliwy jak bzyczenie komara.
Po kolejnych 15 minutach przewracania zirytowany wyskoczył z łóżka. Klnąc pod nosem, zarzucił na piżamę szlafrok i wybiegł przed dom. Uliczka była pusta, a dźwięk auta najwyraźniej dochodził z garażu sąsiada stojącego niedaleko okna jego sypialni.
Podszedł do furtki, przycisnął guzik domofony raz, drugi, trzeci, nic, nikt się nie odezwał, nikt nie otworzył drzwi, sprawdzić kto dzwoni. Zdesperowany, wściekle szarpał bramkę, wywołując falę metalicznych brząknięć.
W domu po drugiej stronie ulicy otwarto okno.
Co się tam dzieje? – rozległ się donośny męski głos.
A co nie słyszy pan? – odparł sąsiad z chodnika. – U Szkapińskich w garażu od godziny chodzi samochód. Spać nie można.
Jezu Maria – w oknie obok głowy mężczyzny wychynęła głowa kobiety. – Może coś się stało? Dzwoń na policję – dodała, zwracając się do męża.


Rozmyślając na w miarę rozsądnym wytłumaczeniem późnego powrotu do domu, skręciła w swój zaułek. Ze zdziwieniem zauważyła migające światła i kilkanaście osób stojących na chodnikach po obu stronach ulicy. Zatrzymała samochód na środku jezdni i sama zaciekawiona niecodzienną sytuacją powoli wyszła z auta. Panika zaczęła ją ogarniać, gdy zorientowała się, że migotliwe światło pochodzi z dwóch policyjnych radiowozów, stoją przed jej domem, a na dodatek parę osób wskazało ją palcem.
Stukając obcasami, pobiegła do furtki, tam dalszą drogę zagrodził rosły policjant.
Kim pani jest – zapytał.
Mieszkam tu – odparła łamiącym się głosem. – Mój synek jest w środku.
Pani nazwisko – dociekał funkcjonariusz.
Emilia Szkapińska – odpowiedziała pośpiesznie.
Przepuścił ją do środka, wołając w stronę domu:
Panie komisarzu, pani Szkapińska przyjechała.
Z wnętrza domu wyszedł mężczyzna w cywilnym ubraniu. Beznamiętnym głosem przywitał się i zapytał:
Gdzie pani spędziła wieczór?
Co się stało? – odpowiedziała nerwowym pytaniem.
Proszę najpierw odpowiedzieć na moje pytanie – rozkazał stanowczo.
Byłam u znajomego – wyznała cicho.
Aha… rozumiem…

W życiu Emilii pojawiło się później kilku mężczyzny, lecz zawsze, gdy zbliżał się moment ekstazy, zaczynała podświadomie nasłuchiwać sygnału telefonicznego i podniecenie ulatywało jak powietrze z przebitego balonika, a ona niczym dmuchana lalka biernie czekała, aż facet będący w niej, skończy.