Menu

środa, 17 czerwca 2015

Powieść Lamia - Rozdz.20 Ucieczka

Już biegnąc w odwrotnym niż Ania kierunku, rozmyślałem dalej: gdyby w pobliży stał kamerzysta, dźwiękowiec, panie od charakteryzacji i reżyser, wykonałbym parę ciosów ręką lub nogą i w pół minuty cała piątka opryszków leży bezwładnie na trawniku, a ja spokojnie wyciągam komórkę i dzwonię po policję. Niestety jesteśmy zupełnie sami.
Znam całkiem dobrze sztuki walki, ale jak powiadają – „gdzie ludzi kupa tam i Herkules dupa”. Przy takiej liczbie wrogo nastawionych przeciwników nie czas na subtelne, starannie wymierzone uderzenia. Zadaje się najniebezpieczniejsze ciosy z maksymalną siłą, powodując groźne obrażenia mogące przy braku szybkiej pomocy medycznej doprowadzić do zgonu. Aresztowanie, proces sądowy i wyrok za nieumyślne spowodowanie śmierci plus utrata pracy, pan Chun drugiej wpadki w ciągu roku na pewno nie wybaczy. Mało atrakcyjna perspektywa. Oczywiście w obronie swojej kobiety bez zastanowienia tak bym postąpił. Musiałem jednak pamiętać, że jest Lamią. Nie zdołam wszystkich jednocześnie powstrzymać, któryś z nich podejdzie do niej i sprowokuje jej wrodzone instynkty do działania. Za pięć trupów można oczekiwać dożywocia, ewentualnie ucieczka za granicę, a co z moją rodziną?
Mądra dziewczynka – pochwaliłem ją w myślach. Naprawdę jest bystra, efekt zaliczenia kilkunastu fakultetów czy może geny po tatusiu? Zastanawiałem się dalej, świadomie pomijając możliwość wpływu mamy i babci na jej rozwój intelektualny.
Napastników zaskoczyło nasze rozdzielenie i ucieczka w różnych kierunkach, przez chwilę stali bez ruchu. Obejrzałem się w chwili, gdy pierwsza trójka już ruszyła w pościg za mną, pozostałych dwóch biegło za dziewczyną. Skręciłem w stronę, z której przyszli. Na krzyki moich prześladowców jeden z tamtej dwójki odwrócił się i cofnął, chcąc zabiec mi drogę. Za Anią podążał już tylko jeden i właśnie o to chodziło. Przebiegłem jeszcze kilka metrów w stronę powracającego napastnika i ponownie skręciłem, powracając do poprzedniego kierunku ucieczki. Kondycje miałem świetną i mogłem bez problemu oddalić się na bezpieczny dystans, zrobiłem coś całkiem przeciwnego, pozwalałem najszybszemu zbliżyć się na trzy-cztery kroki, dając im złudną nadzieję złapania mnie. Dzięki temu z każdym krokiem oddalaliśmy się od Ani i jej prześladowcy. Po kilkunastu sekundach odgłos tupotu nóg zakłócił zwierzęcy skowyt i przeraźliwy ludzki krzyk.
Wszyscy czterej w miejscu zawrócili i pognali z powrotem.
Zwolniłem do szybkiego marszu, wyciągnąłem z kieszeni komórkę i wybrałem 997. Zdyszanym, zdenerwowanym głosem krótko zrelacjonowałem przebieg napadu, a później krzycząc, zażądałem natychmiastowej pomocy dla mojej żony. Nie chowając telefonu, wyszedłem z parku. Zadzwonił po chwili.
– Uciekłeś? – zapytała płaczliwie Ania.
– Tak, a ty? Nic ci się nie stało? – spróbowałem naśladować jej ton.
– Uciekłam. W krzakach natrafiłam na jakiegoś psa, a on chyba rzucił się na tego goniącego mnie typa. Właśnie wybiegłam z parku, gdzie jesteś? – mówiła nerwowo.
– Idź w moją stronę, już zatelefonowałem na policję, zaraz powinni tu przyjechać – odpowiedziałem, również udając silne zdenerwowanie.
Ruszyłem szybko w kierunku, z którego powinna nadejść, ponownie podziwiając w myślach jej przebiegłość. Nie miałem złudzeń, co się stało z goniącym ją facetem, a policja w sprawach kryminalnych mogła zażądać od operatora sieci telefonicznej nagrań rozmów i treść SMS-ów.
Wkrótce ujrzałem szybko idącą postać. Podbiegłem i ku własnemu zdziwieniu wziąłem ją w ramiona. Zdawałem sobie sprawę, że przed niespełna minutą zabiła człowieka. Czy była to jej wina? Zdecydowanie nie, pozostawiono nam bardzo niewielki wybór: albo my, albo oni. Czyjaś krew musiała się polać. Tymczasem prawdziwy, anonimowy sprawca dramatu pozostawał ukryty w cieniu.
Odnajdę cię – obiecałem sobie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz