Menu

wtorek, 23 czerwca 2015

Powieść Krąg -Tom1- Rozdz.20 Pościel w różowe miśki

Po posiłku przygotowanej przez obu starszych panów i wieczornej toalecie udał się do przeznaczonego mu pokoju. Rozejrzał się, bez wątpienia był to pokój dziecka, częściowo młodej dziewczyny. Łóżko zasłane pościelą w różowe miśki rozbawiło go. Położył się, przytulił głowę do misiaczków na poduszce. Miesiąc wcześniej leżała na niej głowa dziewczynki. Wciągnął nosem powietrze, w głębi pod zapachem chemii używanej do prania, wyczuł inny, lawendowy, może szamponu do mycia włosów? Zapach zapewne należący do sypiającej tu dziewczyny, wnuczki pana Alberta, a teraz utrwalony głęboko w poduszce.

– Ile ma lat? – Zastanawiał się. – W zeszłym roku, jak to powiedział jej dziadek, uwypukliła się, śmieszne określenie, pewnie chodziło o biust. Teraz może mieć 14, 15 lub 16. To już nie dziewczynka tylko nastolatka. O czym myślała, zasypiając w tym łóżku? O czym, o kimś, czy…
Zasnął, nie dokończywszy myśli. Obudziło go słońce, odgłos krzątaniny i rozmowy na dole domu, spojrzał na zegarek, dochodziła 9 rano, twardym niezmąconym niczym, snem przespał 10 godzin. Poszedł do łazienki, załatwił swoje potrzeby i poranną toaletę, wrócił do pokoju i już ubrany zszedł na dół.
– Jak się panu spało? – Zapytał na przywitanie gospodarz.
– Dziękuję, dawno tak dobrze nie spałem – odpowiedział zgodnie z prawdą.
– Cisza, świeże powietrze, dobry klimat, to nie miasto. Jak jestem u córki, to zawsze mam kłopoty ze snem, w nocy gwar większy niż u mnie w dzień, a spalin tyle, że lepiej okna nie otwierać.
– Do wszystkiego się można panie Albercie przyzwyczaić.
– Niby tak, ale to pan powiedział, że mu się tu lepiej spało, niż w mieście.
– Fakt, sam się dziwię.
– Może pan lubi taką kolorową pościel. Hahaha – staruszek zaśmiał się głośno.
Po śniadaniu i dyskusji o zaletach mieszkania w mieście lub na wsi. Panowie Grabscy serdecznie podziękowali za miłą gościnę, a starszy próbował wręczyć gościnnemu staruszkowi zapłatę za nocleg, ale spotkał się ze stanowczym oporem:
– Oprócz rodziny nie często miewam gości, a wasze miłe towarzystwo było mi wystarczającą zapłatą – uzasadnił swoją odmowę Malicki.
Po usłyszeniu tych słów Przemkowi przez głowę przeleciała jedna ulotna myśl, ale zanim całkiem zanikła, wywołała kolejne, a te całą lawinę następnych coraz bardziej zaskakujących. Potrzebował spokoju, aby je przeanalizować. Przeprosił i wyszedł z domu, zostawiając seniorów zajętych ponownie rozpatrywaniem walorów ich miejsc zamieszkania. Wrócił po półgodzinie, usiadł przy stole naprzeciw Alberta. Zlekceważył pytanie ojca o powód nagłego wyjścia, wpatrując się z uwagą w siedzącego naprzeciw mężczyznę. Obaj panowie zamilkli i przy stole zaległa przedłużająca się, krępująca cisza.
– Ta historia o Martinie jest prawdziwa. – Przemek przerwał w końcu milczenia.
– W świetle dnia, po dobrze przespanej nocy, wydaje się ona panu bardziej prawdopodobna? – odpowiedział uszczypliwie staruszek.
– Moja prababcia, odwiedza czasami te okolice, pan ją zna, prawda? – Zadał kolejne pytanie, pomijając cyniczną uwagę Alberta. Trochę mijał się z prawdą, babcia wspomniała tylko o jednej wizycie.
– Jeśli bywała tutaj, to oczywiście mogę ją znać, trudno mi z całą pewnością odpowiedzieć, nie wiem, kim jest pana prababcia, panie magistrze – ostatni wyraz bardzo mocno zaakcentował.
– Niech pan przestanie udawać – ton młodego mężczyzny stał się bardzo stanowczy, twardy tak jak i wzrok skierowany na interlokutora.
Na chwilę zaległa cisza, po czym Przemek dobitnie oświadczył:
– Bardzo kocham Lidię i nie ruszę się stąd, dopóki nie dowiem się, gdzie mogę ją znaleźć!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz