Menu

niedziela, 31 maja 2015

Powieść Lamia - Rozdz.1 Wigilia

Pierwsza od wielu lat Wigilia, którą spędzam w rodzinnym domu. Mama i tata postarzeli się, ale mama jak zawsze jest pełna werwy, to ona przyszykowała większość pysznych, świątecznych potraw, tata co najwyżej służył pomocą i towarzyszył przy zakupach. Obok mnie przy stole siedziała moja młoda, cztery miesiące temu poślubiona, śliczna żona Ania. Był również starszy brat Michał ze swoją Kingą i ich synek Łukasz, a także moja o rok młodsza siostra Wiki, jej mąż Olaf i rozkoszne córeczki: Natalka i Monisia.
Wsłuchując się w gwar rozmów, pobrzękiwanie sztućców i kolejne kolędy płynące z radia, wspomniałem ubiegłoroczną wilię. Imieniny Adama i Ewy, a właśnie spędziłem ją z Ewą i Markiem, na hacjendzie w dalekiej Kolumbii. Nie planowałem tego, wprost przeciwnie, wymarzyłem spędzić ostatni tydzień roku w Paryżu, oczywiście z Ewą. Cóż, obowiązki. Nie było tak romantycznie, jak zaplanowałem, ale usłyszałem z jej ust to jedno cudowne słowo i wsunąłem pierścionek na jej paluszek. Niezapomniane święta, kochałem ją jak nikogo na świecie, ona mnie również.
Dwa dni później poszliśmy w trójkę do puszczy za plantacją.
Właściciel hacjendy prowadził nielegalną uprawę kosodrzewu pospolitego albo krócej – koki. To jednak nie nasz problem, nie pracujemy dla policji, a tym bardziej dla wydziału walki z narkotykami. Nasza profesja jest inna, dostaliśmy zlecenie i mieliśmy je wykonać, dylematy moralne zostawiliśmy dla naszego guru. Od kilku miesięcy na plantacji ginęli pracownicy, ich zwłoki odnajdywano oplecione białą nitką i wysuszone jak mumie. Ochroniarze, a później wynajęci myśliwi przez pół roku chodzili szukać złoczyńcy. Wracali nieliczni, z przerażeniem opowiadali o ogromnym ptaszniku. Kule karabinowe robiły w jego odwłoku wgłębienia i bezsilnie spadały na ziemię. Cwaniaczek z własnej super mocnej pajęczej nici utkał sobie coś na kształt kamizelki kuloodpornej. Właściciel od kogoś dowiedział się o naszej organizacji, dogadał z panem Chun i tak oto szliśmy we trójkę przez puszczę, poszukując milutkiego pajączka.
Po paru godzinach natrafiliśmy na ślad, następną godzinę podążaliśmy tym tropem, aż wyczuliśmy silny sygnał emanowany przez duże stworzenie i nie był to ssak. Już na pierwszych lekcjach, w organizacji uczyłem się wyczuwać nawet śladowe objawy egzystencji jakiejkolwiek istoty martwej lub niemartwej.
Pamiętam, przed pięciu laty wykonywałem misję w starym zamku na północnej Francji. Raz na parę lat posąg odlany z mosiądzu schodził nocą ze swojego postumentu i metalową ręką jak orzech rozłupywał głowę przypadkowego turysty, który miał pecha nocować w tym czasie na zamku. Niecały kwadrans zajęło mi szukanie winowajcy, mimo pozornej martwoty emitował delikatny sygnał życia. Odkupiliśmy go i przetopiliśmy na amulety. Jeden z nich ciągle noszę zawieszony na szyj. Równoramienny krzyż z ramionami zagiętymi pod kątem prostym, oryginalna jego nazwa oznacza: przynoszący szczęście. Za przyczyną jednego pana o mało popularnym obecnie imieniu Adolf, nie obnoszę się z nim, ale też nigdy go nie ściągam.

Ostrożnie podeszliśmy jeszcze kilkadziesiąt metrów. Zostawiliśmy pod drzewem plecaki i jak Indianie skradaliśmy się dalej. Ja i Marek przodem z bronią gotową do natychmiastowego użycia, Ewa uzbrojona w aparat fotograficzny o krok za nami. Wyszliśmy na skraj polany, po przeciwległej stronie zauważyłem dość spory kopiec ziemi z centralnie umieszczonym, prawie metrowej średnicy wejściem do nory.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz